10 kontrowersyjnych rzeczy, które robię (lub nie) jako mama

Niektóre rzeczy, które robię albo celowo pomijam jako mama, potrafią wywołać niezręczną ciszę, uniesione brwi albo spojrzenia pełne politowania. Czasem mam wrażenie, że odbiegam od jakiegoś niewidzialnego „rodzicielskiego standardu”. Z czasem jednak zrozumiałam, że to, co dla jednych jest kontrowersyjne, dla innych jest po prostu świadomym wyborem. I mam do tych wyborów prawo.
Za chwilę opowiem o dziesięciu z nich, tych, które najbardziej zaskakują, drażnią albo wręcz szokują innych rodziców. Gotowi?

  1. „A gdzie czapeczka?”

Moje dzieci nie mają cienkich czapek i do późnej jesieni w ogóle ich nie noszą. Zakładają dopiero czapki zimowe, kiedy pogoda jest do tego odpowiednia, czyli według mnie wtedy, gdy temperatura spada do około 5 stopni lub niżej.

Jestem matką, którą najczęściej zaczepiają starsze, zatroskane panie z pytaniem: „A gdzie czapeczka?”. Jedna z osiedlowych babć, gdy usłyszała moją odpowiedź: „Niepotrzebna”, zaczęła krzyczeć za mną desperacko:

„Może dojść do nieszczęścia! Jeszcze dostanie zapalenia!”

Spoiler: nie dostało.

Moje dzieci bardzo mało chorują. Córka ma ponad 4 lata i tylko raz miała gorączkę utrzymującą się przez kilka dni. Było to latem, kiedy nikt czapeczki nie nosił. Synek ma prawie 2 lata i jeszcze nie był chory, poza katarem, a jest dzieckiem żłobkowym.

Dlaczego nie zakładam im czapek, kiedy nosi je 90 procent dzieci w ich wieku? Bo sama sobie takiej czapki nie zakładam. Znam też niewielu dorosłych, którzy noszą cienkie czapki. Zazwyczaj zakłada się je zimą i tej zasady trzymam się również w przypadku dzieci. Jak widać, nic im się nie dzieje.

  1. Pozwalam na za dużo

Zdaniem wielu osób pozwalam córce na za dużo. Jeśli chce zdjąć buty na ulicy, zdejmuje je i idzie boso. Jeśli chce zdjąć kurtkę, robi to, nawet jeśli ja mam swoją na sobie. Jeśli nie chce jeść obiadu albo kolacji, nie je.

Dlaczego się na to zgadzam? Bo to ona czuje, czy jest jej niewygodnie, za gorąco, czy jest najedzona albo głodna. Nie będę zmuszać jej do robienia czegoś tylko dlatego, że według mnie powinno być jej zimno albo że na pewno jest głodna i musi zjeść. Nie siedzę w jej ciele.

Owszem, pozwalam jej na dużo, ale nie na wszystko. Trzymam się norm społecznych. Nie zgodziłabym się na chodzenie nago. Zawsze nosi strój odpowiedni do okazji. Jeśli idziemy na uroczystość, nie zakłada dresu albo piżamy tylko dlatego, że ma na to ochotę. Wspólnie wybieramy odpowiedni ubiór.

To samo dotyczy zachowania w miejscach publicznych. Nie pozwalam na krzyki ani bieganie po autobusie czy pociągu. Tłumaczę, że są tam też inni ludzie.

Pozwalam na rzeczy, które nie naruszają granic innych osób. A to, że komuś nie podoba się moje bose dziecko biegające po ulicy, nie jest już moim problemem.

  1. Buła w sklepie nie przejdzie

Moje dzieci nie jedzą w sklepie suchej buły, choć często bardzo by tego chciały. Córka jest już duża i od początku tłumaczę jej, że produkty, które wybieramy w sklepie, możemy zjeść dopiero wtedy, gdy za nie zapłacimy.

Synek natomiast jest małym łakomczuszkiem. Kiedy widzi bułki albo banany, wyrywa się do nich i płacze, bo chce je tu i teraz. Nie jest to łatwe, ale konsekwentnie powtarzam, że nie jemy rzeczy, za które jeszcze nie zapłaciliśmy. Liczę, że w końcu to zrozumie.

Wiem też, że byłoby o wiele łatwiej, gdybym jednak „zapchała” go tą bułeczką, ale nie chcę uczyć dzieci takich nawyków. Chcę, żeby rozumiały, czym jest poszanowanie cudzej własności i że nie wszystko, czego chcą, od razu jest ich.

  1. Błoto, kałuże, piórka i patyki

Pozwalam dzieciom się brudzić, jeść piasek w piaskownicy, zbierać patyki i kamyki. Nie stosuję żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o brudzenie się przy stole, na placu zabaw czy podczas deszczu.

Nie szkoda mi ubrań. Wszystko kupuję w lumpeksie albo dostaję po rodzinie. I, o dziwo, większość rzeczy i tak się dopiera. To, czego nie da się sprać, zostawiam do spania, chodzenia po domu albo malowania. Czasem, kiedy nie idą do przedszkola, zakładam im niedoprane ubrania, bo i tak za chwilę wyjdą na dwór i znowu się pobrudzą.

Kompletnie nie przejmuję się plamami.

Dzięki temu, że dzieci miały szansę brudzić się podczas posiłków, kiedy były małe, i nie przecierałam im buzi po każdym kęsie, teraz jedzą bardzo czysto. Nic im nie kapie, bo mogły ćwiczyć bez ciągłego poprawiania.

  1. Nie wyprasowałam rzeczy dla niemowlaka

Przy pierwszym dziecku wyprasowaliśmy z mężem absolutnie wszystko. Przy drugim bardzo długo zbierałam się, żeby to zrobić, bo czytałam, że tak trzeba.

I nagle, mimo że tysiące informacji potwierdzały, że prasowanie jest konieczne, natrafiłam na jeden post na profilu Zaufaj Położnej, z którego wynikało, że wcale nie trzeba tego robić. Wzięłam to sobie mocno do serca.

Rzeczy nie wyprasowałam. Dalej nie prasuję dziecięcych ubrań. Ani swoich. Prasowanie to dla mnie strata czasu.

  1. Brak śniadania i drugiego obiadu

Moje dzieci wychodzą z domu bez śniadania. Wstają na tyle późno, że od razu po przebudzeniu i ubraniu się biegniemy do placówek, a tam już czeka na nie śniadanie.

Uważam, że byłoby całkowicie nielogiczne spóźniać się do przedszkola na śniadanie tylko dlatego, że wcześniej musiały zjeść śniadanie w domu.

Oczywiście zdarzają się dni, kiedy są głodne i proszą o coś do jedzenia. Wtedy dostają koktajl owocowy na kefirze, jogurt albo wafelek ryżowy.

Dzieci mają w placówkach zapewnione posiłki, dlatego nie widzę też sensu w oferowaniu im drugiego obiadu. Po powrocie, jeśli mają ochotę coś zjeść, dostają przekąskę, na przykład jabłko. Czasem piekę owsiane placuszki albo gofry z warzywami, a czasem dostają po prostu bułkę, mus czy chrupki.

Przed snem jemy kolację. Często jest to danie obiadowe, które przygotowuję dla siebie i męża, albo klasyczna kolacja: gotowane jajko, kanapka, warzywa czy makaron z warzywami.

Nie chodzą głodne. Potrafią komunikować swoje potrzeby. Nie są też dziećmi niedożywionymi, wręcz przeciwnie, zawsze są wysoko na siatce centylowej. Są zdrowe, mają energię i żyją.

  1. Dzieci przeżyją cztery godziny bez posiłku

Dla bezpieczeństwa nie jemy w trakcie jazdy samochodem. Jeśli dziecko zadławi się podczas jazdy, nie zawsze jesteśmy w stanie zareagować i udzielić mu pomocy tak szybko, jak jest to konieczne, zwłaszcza gdy jedziemy autostradą.

Można przecież robić przystanki, nawet podczas dłuższych tras.

Dzieci są w stanie wytrzymać bez posiłku przez dłuższy czas. Mam jednak wrażenie, że wiele osób uważa inaczej. Dzieci jedzą niemal bez przerwy, na placu zabaw, w wózku i podczas spaceru.

  1. Nie kąpiemy dzieci codziennie

Kiedy były niemowlakami, nie kąpaliśmy ich codziennie, bo podobno tak jest lepiej dla skóry. Synek, gdy miał kilka miesięcy, czasem miał kąpiel raz w tygodniu.

Był jednak bardzo ruchliwy podczas zmiany pieluchy i nie dawałam rady ogarnąć go na przewijaku, dlatego kilka razy dziennie był podmywany pod prysznicem, a czasem nawet myty cały. Uznawałam wtedy, że dodatkowa kąpiel nie jest już potrzebna.

Teraz, kiedy są starsi, kąpiemy ich razem co drugi dzień. Nie chce nam się robić tego codziennie.

Przed snem są myci, raz dokładniej, raz mniej, zależnie od potrzeb. Zdarzają się też dni, kiedy zasną „na brudasa”.

  1. Świecę cycem na ulicy i się tego nie wstydzę

Pierwsze dziecko karmiłam niemal wyłącznie w domu. Przez dwa lata karmienia piersią może dwa albo trzy razy musiałam zrobić to w miejscu publicznym. Zazwyczaj, gdy dziecko potrzebowało karmienia, gnałam do domu, żeby nie obnażać się na ulicy.

Przy dwójce dzieci nie było to już możliwe. Kiedy córka bawiła się w najlepsze na placu zabaw, a synek miał zaledwie kilka miesięcy i płakał, nie miałam innego wyjścia. Chyba by się zapłakał, gdyby musiał czekać, aż oderwę siostrę od zabawy i wrócimy do domu.

Zaczęłam więc przełamywać się i nieśmiało karmić go w miejscach publicznych. Oczywiście z poczuciem wstydu, przepraszającą miną i przygotowanym usprawiedliwieniem na wypadek, gdyby ktoś zwrócił mi uwagę.

Z każdym kolejnym karmieniem było mi łatwiej.

Po aferze z Dawidem Wolińskim, któremu przeszkadzały kobiety karmiące w restauracji, dowiedziałam się, że kobieta ma prawo karmić dziecko w miejscu publicznym. Zaczęłam więc robić to o wiele śmielej.

Trzeba się naprawdę mocno przyglądać i długo stać przy karmiącej kobiecie, żeby w ogóle zobaczyć jej pierś. O co więc ta awantura?

  1. Karmię za duże dzieci

Skoro już poruszyłam temat karmienia piersią, to czy dwa lata to naprawdę za długo?

Dla wielu osób z mojego otoczenia tak. Sam fakt, że nadal karmię, budzi kontrowersje. Słyszę czasem, że „mam tam wodę”. Mam wtedy ochotę odpowiedzieć: „A ty masz wodę zamiast mózgu”.

Strasznie mnie wkurza, kiedy ktoś wtrąca się między wódkę a zakąskę, a raczej między pierś a usta dziecka.

Decydują ten, kto karmi, i ten, kto jest karmiony. Nikt inny.

Czy pod którąś z tych rzeczy też możesz się podpisać? A może coś bardzo Cię zdziwiło i nigdy byś tego nie zrobiła?

Komentarze

Popularne posty