5 rzeczy, które zmieniłam w swoim podejściu po urodzeniu drugiego dziecka

 

Kiedy rodzi się pierwsze dziecko, wszystko się zmienia. Patrzysz na świat zupełnie inaczej nic nie jest takie jak było. Ptaki śpiewają inaczej, a trawa wydaje się bardziej zielona... zupełnie jak Ty w tej nowej rzeczywistości. Przy drugim myślisz, że nic już cię nie zaskoczy. Umiesz już zmienić pieluchę, a odruch wymiotny na widok kupy jest jakby mniejszy. Nie boisz się, że jak weźmiesz go na ręce, złamiesz mu kręgosłup, a gdy będzie płakać przez 2 minuty (bo akurat jesteś w toalecie)  złamiesz mu psychikę.

Mimo tego zacnego doświadczenia i wielkiej wprawy, znowu wszystko się zmienia. System się zeruje, znów musisz nadążać za dynamicznie zmieniającą się rzeczywistością.

Zmienia się także twoje podejście, bo chęć bycia tą najlepszą, najbardziej perfekcyjną matką, która wychowa idealnego człowieka, nie ma już prawa bytu w tym nieustannym wyścigu. Nie wyrabiając na zakrętach, przy dwójce szkrabów walczących o twoją uwagę, posiadających potrzeby na dwóch różnych biegunach w tym samym czasie, zapominasz o tych wszystkich normach, zakazach i nakazach, które wyczytałaś u największych internetowych ekspertów.


Zaczynasz po prostu być dobrą mamą, a czasem wystarczającą, a czasem usiłującą przetrwać.

Recepta na to wszystko jest prosta, odpuścić. Bo dzieci chcą mieć mamę szczęśliwą i zdrową psychicznie, a nie tę utyraną, smutną, która właśnie usmażyła tysiąc owsianych placuszków  bez cukru i tłuszczu (rzecz jasna), ale za to z kapiącymi łzami na patelnię.

Jak to było w moim przypadku?

Gdy emocje już opadły, fala hormonów połogowych się wyciszyła i zaczęliśmy powoli żyć ze świadomością, że TAK, jesteśmy rodziną 2+2. Odwrotu nie ma – trzeba pchać ten wózek.
Z czego ja zrezygnowałam po narodzinach drugiego dziecka, żeby nie zwariować i choć trochę nadgonić ten kołowrotek zdarzeń?

Po pierwsze: czas ekranowy

Przy moim pierwszym dziecku nie włączaliśmy telewizora w ogóle. Nie chodził w tle, nie puszczaliśmy bajek, jakoś do półtora roku, a potem w mocno ograniczonym zakresie. Drugie dziecko od samego początku wie, co to telewizor, bo siostra MUSIAŁA oglądać przy nim bajki.

Co to znaczy, że musiała - zapyta ktoś oburzony?

Cóż, często niestety, żeby zająć się niemowlakiem, musiałam włączyć bajkę starszej córce. I to nie tak, że ona nie potrafi się sama sobą zająć, ani że ja nie umiem wymyślić jej innych zajęć. Zazdrość o młodsze rodzeństwo powodowała ogromną chęć zwrócenia na siebie uwagi. Kiedy ja usypiałam małego, córka bawiła się spokojnie i nagle przybiegała, zaczynała krzyczeć, ciągnąć mnie, bić mnie albo brata. I tylko niania z YouTube'a mogła poradzić sobie w tej sytuacji.

I tak, czasem oglądała bajki, dużo powyżej swojej normy wiekowej. Zdaję sobie sprawę, że to, co piszę, jest kontrowersyjne i pojawi się tysiąc pomysłów, jak mogłam to inaczej rozwiązać, ale wtedy nie widziałam innego wyjścia, mimo starań.

Rekompensowałam ten czas ekranowy długim przebywaniem na świeżym powietrzu, czytaniem książek, czasem 1:1, usypianiem jej na noc (podczas gdy brata usypiał tata).

Efekt?
Obydwoje, po tych ekranowych doświadczeniach, żyją i nie są uzależnieni od bajek. Ich rozwój też jest w normie.

Po drugie: czas w foteliku samochodowym

Przy pierwszym dziecku z zegarkiem w ręku planowaliśmy podróż, tak aby córka spędzała w foteliku maksymalnie tyle czasu, ile mówią zalecenia, żeby nie zaburzyć jej rozwoju motorycznego.

Syn natomiast nie lubił podróżować. Płakał w foteliku, a każda myśl o wyjściu do sklepu powodowała u mnie stres. Planowaliśmy więc jazdę na czas jego drzemki i to działało, bo w foteliku zasypiał.

Jeśli spał, jechaliśmy dalej, nie patrząc na to, czy nie siedzi w nim „za długo”. Przerw nie robiliśmy.  Ale też nie jeździliśmy na długie trasy.
Intuicja mówiła mi, że nic mu się nie stanie, jeśli raz na jakiś czas przekroczy limit. I się nie pomyliłam, rozwija się ruchowo bardzo szybko i nie ma problemów z napięciem mięśni.


Po trzecie: idealna dieta

Kiedy rozszerzałam dietę pierwszego dziecka, przeczytałam tysiące elaboratów, w których sto razy się gubiłam i załamywałam codziennie.
Zamiast przeczytać zalecenia i działać, drążyłam temat bez przerwy.

Finalnie były okresy, kiedy córka dostawała idealne posiłki, a ja jechałam na bułkach cały dzień. Innym razem, gdy gotowałam obiad dla siebie i męża, córka dostawała gotowca ze słoiczka. Bywało też, że robiłam osobne posiłki dla każdego, i nie byłam w stanie ogarnąć nic poza jedzeniem, z płaczącym przy nodze dzieckiem.

Przy synku zrozumiałam, że może jeść to, co my, tylko bez soli i cukru. I tego się trzymałam.
Posiłki nie zawsze były idealne, ale wszyscy mieliśmy ciepłe danie na talerzu. A ja mniej stresu.

Efekt?
Córka od początku wybrzydzała. Wielu rzeczy nie chciała i nie chce jeść.
Synek - je wszystko, chętnie i samodzielnie.


Po czwarte: soczki i słodycze

Temat, który na forach mamowych rozgrzewa internet do czerwonośc słodycze i soki.

Moje pierwsze dziecko do drugiego roku życia nie zaznało smaku czekolady i nie wypiło „Kubusia”, a drugie... no cóż... w wieku 11 miesięcy zjadło czekoladowego Mikołaja.

I oczywiście, jestem przeciwniczką faszerowania dzieci cukrem. To nie jest dobre ani dla zębów, ani dla zdrowia.
Ale zachowując zdrowy rozsądek, nic się nie stanie.

Mikołaj? To sprawka starszej siostry, oczywiście. Ale ja nie wpadłam w paranoję, tylko zaczęłam się śmiać, gdy zobaczyłam tę małą buźkę wymazaną czekoladą.

Gdyby ktoś uraczył taką przekąską moje pierwsze dziecko w wieku niemowlęcym, chyba dokonałabym egzekucji, nawrzeszczała i na koniec popłakała się, że moje starania poszły jak krew w piach.

Po piąte: aktywność na macie

Fizjoterapeuci apelują, by niemowlęta spędzały jak najwięcej czasu leżąc na brzuszku, później pełzając, czworakując, najlepiej na piankowej macie. Wolność ruchu to najlepsza zabawa i najbardziej rozwijająca forma aktywności. I ja się z tym w pełni zgadzam.

Córka – jak to bywa z pierwszym dzieckiem z zegarkiem w ręku musiała codziennie „odrobić” swój czas na macie, otoczona rozwojowymi zabawkami, pod czujnym okiem.
Synek na macie też leżał... ale tę matę siostra dość często rozmontowywała, więc koniec końców lądował na brudnej podłodze. Ile czasu tam spędzał? Nie wiem. Nie lubił bujaczków, leżaczków, więc zostawała podłoga albo łóżeczko.

Często wychodziliśmy na dwór i byliśmy tam ładnych kilka godzin. Nie liczyłam wtedy, czy nie siedział za długo w wózku, a za mało na podłodze.
A zabawki rozwojowe? Co znalazł, czasem to była lalka Barbie siostry, czasem coś, co po prostu leżało w bałaganie.
Rozwijał na tej podłodze nie tylko motorykę dużą, ale i układ odpornościowy, bo jej czystość zostawiała sporo do życzenia.



Zalecenia są dobre i ich nie neguję. Ale potrafią też wpędzić niejedną młodą mamę w totalnego bzika na punkcie bycia perfekcyjną.

Dodatkowo dochodzi wzajemne nakręcanie się na grupach i forach, wypominanie sobie „wisiadeł”, „soczków”, „smoczków” i innych.
Niełatwo nie zwariować.

Luz, dystans i balans, tego nauczyło mnie drugie dziecko.
Pozwoliło mi rozluźnić zaciśniętą szczękę i naprawdę cieszyć się macierzyństwem. Nie odliczać minut, nie mierzyć porcji, nie płakać po kątach.
Oczywiście, nadal z troską o rozwój i zdrowie dzieci.
Ale też o swoje.


A jak to było w Waszym przypadku? Na co się nakręcałyście przy pierwszym dziecku, a przy drugim już odpuściliście? 

Komentarze

Popularne posty