Czy nasza fryzura wiąże się ze szczęściem?

Historia wyleczenia się z włosokompleksu


Podczas jednego z wykładów, chyba z medioznawstwa, choć już dokładnie nie pamiętam, pewien starszy profesor lub doktor habilitowany opowiedział nam o badaniu prasy młodzieżowej typu „Bravo Girl”. Potwierdzono w nim tezę: „To, w jakiej kondycji są nasze włosy danego dnia, ma duży wpływ na poczucie zadowolenia i szczęścia”.
Wykład ten odbywał się jakieś 15 lat temu. Nie mogę dziś dotrzeć do tych badań, musicie uwierzyć mi na słowo. Często jednak o tym myślę. Nie wiem, dlaczego akurat ta informacja tak mocno utkwiła mi w pamięci. Być może sama utożsamiałam się z tą tezą? Choć początkowo uznawałam ją za mało głęboką, bo jak można opierać szczęście na tak trywialnej rzeczy jak fryzura?

Bad hair day, czyli czy brzydkie włosy psują dzień?

Budzę się właśnie tego dnia. Wszystko robię dokładnie tak jak zwykle: ten sam szampon, ta sama odżywka, później olejek na końcówki, suszarka, układanie na szczotkę i... tragedia. Wyglądam fatalnie. Jak ja wyjdę z domu?!
Szybki kucyk i trzeba lecieć. A później wszystko zaczyna się sypać. Najpierw spóźnia się autobus, potem okazuje się, że ekspres do kawy w pracy nie działa, a na koniec dostaję reprymendę od szefa za niedostarczenie projektu na czas.
To wszystko przez te włosy. To one popsuły cały dzień.
Czyżby?

A może wyglądało to zupełnie inaczej?

Obudziłam się już w złym humorze i dlatego stwierdziłam, że fryzura ze mną nie współpracuje. Następnie spóźnił się autobus. To zdarza się przecież często i zwykle nie zwracam na to szczególnej uwagi. Ale w złym nastroju zaczyna drażnić wszystko.
Kawy nie ma? Trzeba lecieć do pobliskiej kawiarni, bo bez niej nie funkcjonuję i... robi się obsuwa z projektem.
Czy nie jest tak, że każde wydarzenie można analizować w taki sposób, by podpinać je pod z góry postawioną tezę?
Być może.

Myśląc o sobie, stwierdzam, że miałam w sobie pierwiastek włosomaniaczki i byłabym skłonna twierdzić, że z brzydką fryzurą nie osiągnę sukcesu. Moje nastawienie jednak diametralnie się zmieniło.

A wszystko przez przypadkowy eksperyment.

Silver Project

Osiwiałam po dwudziestce. Nie była to cała siwa głowa, ale bardzo dużo srebrzystych refleksów błyszczało na moich ciemnobrązowych włosach. Pamiętam komentarze:
„O Boże, współczuję ci, masz siwe włosy”.
„Fuuuj, jesteś siwa”.

Zaczęłam się regularnie farbować, żeby tylko nie dopuścić do pojawienia się odrostu. Traktowałam to jak obowiązek. Jak obsesję.
Jeśli jednak odrost się pojawił, zaraz znajdował się jakiś „wujek dobra rada”, który nieproszony oferował bezpłatne porady, jak ukryć siwiznę do czasu wizyty u fryzjera. Tak jakby kobieta nie mogła dopuścić do momentu, w którym ktoś zauważy, że ma siwe włosy.

Po urodzeniu pierwszego dziecka włosy, jak to często bywa po ciąży, przerzedziły się. Nie miałam czasu na zrobienie odrostu, a gdy w końcu udałam się do fryzjera, zapłaciłam kupę kasy, a farba... nie pokryła siwizny. Fryzjerka uznała, że to przez hormony związane z karmieniem piersią.
Czułam się fatalnie. Obsesyjnie wypatrywałam niepokrytych siwych włosów. Ciągle rozpamiętywałam tę wizytę.
Potem zaczęłam farbować się sama. Po drogeryjnych farbach włosy zaczęły wypadać garściami.

Aż w końcu, po dłuższej przerwie, poszłam na farbowanie do innego salonu. Tam fryzjer „załatwił mnie na dobre”. Zrobił mi kruczoczarny kolor i był przy tym tak profesjonalny, że zafarbował mi połowę czoła i uszy. Oczywiście zapłaciłam za to fortunę...
Po tej przygodzie zrezygnowałam z farbowania na rok. Obraziłam się na ten system.
Efekt? Około 10-centymetrowy siwy odrost.

Poczułam, że robię z siebie jakiś społeczny eksperyment. Ludzie nie potrafili powstrzymać się od komentarzy:
„Co się stało?”
„Dlaczego nie farbujesz?”
„Jak to w ogóle możliwe, że masz tyle siwych włosów w tym wieku?”
Rady, sugestie, pytania. Było ich tyle, że zaczęło mnie to bawić i... nakręcać do kontynuowania buntu.

Dzięki tej przygodzie moja obsesja zniknęła.
Wciąż nie mogę pojąć, dlaczego ludzie nie potrafią nie komentować siwych włosów.
Dlaczego nie potrafią zaakceptować takiej decyzji?
Dlaczego muszą udzielać rad?
W takich sytuacjach pytałam:
„Czy jest jakiś obowiązek farbowania?”
„Czy wyglądam brzydko, Twoim zdaniem?”
„Czy coś jest ze mną nie tak?”
Miny, bezcenne.

Zawsze: „Nie, nooo...” i brak konkretnych argumentów.
To doświadczenie było mi naprawdę potrzebne. Przestałam czuć presję. Raz chodzę pofarbowana i uczesana jak królowa, a raz poczochrana z odrostem, bo mogę.
Skąd właściwie wziął się ten kompleks?
Teraz zastanawiam się, czy moja obsesja wynikała z tego, że we wczesnej młodości usłyszałam kilka chamskich komentarzy, czy może te komentarze tak mnie zabolały, bo ktoś trafił w czuły punkt?

Sama nie wiem.
Przez bardzo długi czas żyłam pod głupią presją, że muszę farbować włosy, bo inaczej ktoś zauważy, że „coś jest nie tak”.
Jaką wielką ulgę daje pozbycie się tego kompleksu!
I naprawdę uważam, że dużą rolę odegrało tu macierzyństwo. Moja córeczka pomogła mi pozbyć się wielu kompleksów. Dla niej chciałam zmienić swoje podejście do siebie, ale nie chodziło mi o formę fizyczną. Chodziło o moją głowę i o to, jak patrzę na własne ciało.

A jak to jest u Was?
Czy macie jakieś kompleksy, które Was blokują?
Czy wydaje Wam się czasem, że jest coś, co będzie z Wami na zawsze?
A może też udało Wam się z czegoś wyleczyć?

Komentarze

Popularne posty