Efekt ciałonegatywny

 

Spektakularna metamorfoza Wiktorii, zdjęcie „przed i po”. Schudła aż 9 kg w krótkim czasie! Skrolując Instagrama czy Facebooka, nikogo takie posty już nie dziwią. Liczba zrzuconych kilogramów, długość kuracji i oczywiście gratulacje dla „wytrwałego” pacjenta. Schemat znany jeszcze sprzed ery internetu, wcześniej obecny w kolorowych magazynach. Niby nic zaskakującego, a jednak...

Kiedy dowiaduję się, że bohaterką tej historii jest... dziewczynka w wieku przedszkolnym, czuję lekki zgrzyt. I sądząc po komentarzach, chyba tylko ja tak mam. Wszędzie same „achy i ochy”, podziw dla dziecka za walkę z „podłymi”, „złymi” kilogramami. Dla jasności, nie zamierzam umniejszać tym dokonaniom. Zastanawiam się tylko: czy tak miała wyglądać ta droga? I czy powinna być publikowana w internecie?

Można pomyśleć, że się czepiam lub promuję otyłość. Przecież dziecko z nadmiernymi kilogramami często nie jest zdrowe, przenosi złe nawyki do dorosłego życia, a im później zacznie zmiany, tym będzie trudniej. Oczywiście, ja się z tym wszystkim zgadzam. Jednak są aspekty, które w takich metamorfozach mi się nie podobają i moim zdaniem mogą przynieść więcej krzywdy niż pożytku. Dlaczego?

Motywacja kluczem do zmiany

W opisie historii pojawia się wyjaśnienie rodziców, rówieśnicy śmiali się z dziewczynki, bo była „zbyt pulchna”. Dlatego zapisali ją do popularnego dietetyka, żeby jej pomógł. Ale... co właściwie miało być celem tej pomocy? Nie wspomniano o żadnych problemach zdrowotnych, nie padły żadne lekarskie wskazania.

Czy naprawdę motywacją do zmiany ma być brak akceptacji ze strony kolegów i koleżanek? Czy nie lepiej wspierać dziecko, kiedy jest wyśmiewane, okazać akceptację, wysłać komunikat:
„Oni się z ciebie śmieją, ale my cię kochamy. Twoje ciało jest dobre – pozwala ci biegać, tańczyć, przytulać się. Nieważne, co mówią inni.”

Kolejna kwestia: rozmowa z wychowawcą i rodzicami innych dzieci. Wyznaczenie granic. Dziecko powinno czuć, że jego rodzice są jak forteca, nikt nie ma prawa go upokarzać. Nawet jeśli komuś „nie pasuje” jego wygląd. Zmiana nawyków powinna przebiegać w duchu akceptacji, a nie po to, by dostosować się do innych.

Moim celem nie jest biczowanie czy ocenianie tej konkretnej rodziny. Rozumiem, że nie jest to łatwa sytuacja, a w gąszczu dietetycznych przekazów naprawdę łatwo się pogubić. Zastanawia mnie raczej: dlaczego dietocelebryci tak chętnie promują takie historie, nie zważając na konsekwencje?

Bo czego nauczy się dziewczynka po takiej metamorfozie?
„Byłam gruba - byłam gorsza. Teraz jestem szczupła - teraz jestem super.”
A co, jeśli za jakiś czas dzieci będą śmiać się z jej nosa, uszu, włosów? Co wtedy? Kolejna zmiana? Może operacja?

Droga po zdrowie fizyczne i psychiczne

Pulchność nie zawsze oznacza problem zdrowotny, czasem to tylko kwestia estetyki, niepasującej do aktualnych, bardzo zawężonych standardów. Warto wagę dziecka konsultować podczas bilansów z pediatrą. Jeśli masa ciała faktycznie jest powodem do niepokoju – to dlaczego nie zostawić tego za drzwiami gabinetu lekarskiego i działać zgodnie z zaleceniami?

Zdrowie dziecka nie powinno być przedmiotem publicznej debaty.
Owszem, otyłość wśród dzieci to realny problem, i tak, trzeba o nim mówić, ale nie na konkretnych przykładach, bez pokazywania palcem.

Natomiast mówienie o szacunku do ciała, o różnorodności sylwetek, o akceptacji, nie powinno być traktowane jako promocja otyłości.

Nauka zdrowych nawyków to trudny proces – zwłaszcza dla pokolenia, które wychowało się na czipsach, drożdżówkach i napojach gazowanych. Sama pamiętam, jak jako dziecko pochłaniałam batony bez ograniczeń. Jogurty i słodkie serki jadłam w ilościach hurtowych.

Teraz, jako mama, wiem, jak trudne jest budowanie dobrej relacji z jedzeniem. Zwłaszcza gdy zewsząd słychać głosy:
„To niezdrowe.” „To zakazane.” „To tuczy.”
Ale relacja z jedzeniem nie powinna opierać się na poczuciu winy. Zwłaszcza u dzieci. Przecież nie chodzi o to, by karać za zjedzenie kinderka.

Może warto postawić na wspólne gotowanie, zakupy, czy pokrojone jabłko na stole zamiast miski z cukierkami.
A kiedy pojawi się faktyczny problem zdrowotny, taki diagnozowany przez lekarza, nie przez rówieśników, wtedy warto podjąć działania. Ale niekoniecznie przez spektakularne metamorfozy. Lepiej zacząć od małych kroków, spokojnych zmian i wsparcia bez komunikatu: „Z tobą jest coś nie tak.”

Przedszkolak ocenia ustami swoich rodziców

W tej historii przeraża mnie również to, że już przedszkolaki wyśmiewają cudze ciała. Przecież dzieci w tym wieku są odbiciem swoich rodziców. I nie uwierzę, że 4-latek sam z siebie wyśmiewa cudzą tuszę.

Nieraz słyszałam, jak dorośli mówią do dzieci:
„Nie jedz więcej, bo będziesz gruba jak Kasia z klasy.”
„Nie dostaniesz pączka, bo sama wyglądasz jak pączek.”
„Zjesz jeszcze tego batona to pożałujesz. Już i tak jesteś gruba.”

Dziecko, które chłonie takie komunikaty, wyładowuje później frustrację na kimś innym.
Może warto pochylić się nad tym, jak mówimy do dzieci, co mówimy o swoim ciele, czy nie oceniamy sąsiadki, koleżanki przez pryzmat jej wyglądu? Dzieci chłoną jak gąbka i powtarzają schematy.

Dzieci nie potrzebują błyskawicznej i spektakularnej metamorfozy.
Potrzebują wsparcia i stopniowego wprowadzania zdrowych nawyków, ruchu, akceptacji i miłości.
A wszystkie diagnozy powinny pozostać w rękach lekarzy, a nie na językach rówieśników i ich rodziców.



Komentarze

Popularne posty