Dzieci nie muszą być niewidzialne – o trudnych zachowaniach, emocjach i wstydzie
„Jak ty się zachowujesz? Jest mi za ciebie wstyd”, na szczęście nie pamiętam sytuacji z dzieciństwa, w której ktoś powiedziałby do mnie te słowa. I czuję za to ogromną wdzięczność.
Jednocześnie wiem, że dla wielu moich rówieśników było zupełnie inaczej.
Słyszeli to często. W sklepie. W autobusie. Przy innych ludziach.
To zdanie było bardzo obecne w pokoleniu milenialsów, nawet jeśli nie zawsze wypowiadane wprost, to wisiało gdzieś w tle. W moim odczuciu jest ono bardzo raniące dla dziecka. Pokazuje brak akceptacji ze strony rodzica. Może wpływać na obniżenie poczucia własnej wartości i budować przekonanie, że z dzieckiem „coś jest nie tak”, skoro jego emocje zawstydzają dorosłych.
Właśnie dlatego dziś tak bardzo zwracam uwagę na tego typu
sformułowania kierowane do dzieci.
I staram się świadomie
dobierać słowa.
Tłumaczę swoim dzieciom, jakie zasady obowiązują w społeczeństwie. Mówię, że w autobusie nie krzyczymy, a w restauracji nie rozrzucamy jedzenia. Uczę szacunku do innych ludzi i do wspólnej przestrzeni. I tak, oni naprawdę to ogarniają. Tylko nie zawsze od razu. Nie zawsze wtedy, kiedy komuś obok najbardziej zależy na spokoju.
Dorośli często zapominają, że małe dzieci nie działają jak zegarek, który raz ustawisz i chodzi „jak należy”. Małe dzieci mają emocje na wierzchu. Czasem są zmęczone. Czasem przebodźcowane. Czasem po prostu mają gorszy dzień. Dokładnie jak my.
Różnica jest taka, że my, dorośli, nauczyliśmy się emocje chować. Zaciskać zęby. Udawać, że wszystko jest w porządku. Dzieci jeszcze tego nie potrafią. I szczerze? Dobrze.
Dlatego nie będę ich karcić tylko dlatego, że ktoś oburzył się na „rozwydrzone bachory”.
Nie będę zawstydzać ich emocji, żeby ulżyć cudzej irytacji. Nie tędy droga. Dzieci są częścią społeczeństwa. Nie dodatkiem. Nie problemem do usunięcia. Nie znikną tylko dlatego, że komuś przeszkadza ich płacz.
Tak samo jak nie zniknie dym papierosowy na przystanku. Pijani ludzie zaczepiający na ulicy. Czy kibice drący się pod oknem. A to są dorośli, często zachowujący się „gorzej niż dzieci”. Dorośli, którzy powinni wiedzieć, gdzie są granice innych ludzi. Czasem ci sami dorośli, którym tak bardzo przeszkadzają małe dzieci.
A za dzieci mam się wstydzić?
Nie wycofam ich z życia publicznego dlatego, że raz na jakiś czas przeżywają emocjonalny wybuch. Bo to jest normalne. Zdrowe. Ludzkie.
Moje dzieci wyrosną na kulturalnych ludzi. Nie dzięki wstydowi. Nie dzięki strachowi przed oceną. Dzięki relacji. Dzięki szacunkowi. Dzięki temu, że w trudnym momencie ktoś był obok, a nie przeciwko nim. Nie wstydzę się moich dzieci. Nigdy.
Za to jestem z nich dumna. I będę, niezależnie od ich wyborów, emocji i tego, jak głośno czasem przeżywają świat.
I żeby było jasne, moja cierpliwość nie jest z gumy. Nie jestem święta. Są sytuacje, które mnie złoszczą. Są momenty, w których naprawdę nie mam już siły po raz setny coś tłumaczyć. Kiedy słyszę kolejny krzyk w reakcji na moją odmowę i czuję, jak we mnie też coś bulgocze.
Nawet wtedy nie jestem wkurzona na moje dzieci. Jestem wkurzona na sytuację. Na zmęczenie. Na nadmiar bodźców. Na to, że czasem wszystko dzieje się naraz. I to jest dla mnie ogromna różnica. Bo złość nie musi oznaczać wstydu. Zmęczenie nie musi oznaczać zawstydzania. Brak sił nie usprawiedliwia ranienia dziecka słowami.
Moje podejście w tej kwestii się nie zmienia. Wstydu nie czuję. I nie będę go używać jako narzędzia wychowawczego, nawet w trudnych momentach.
Bo dzieci nie muszą być niewidzialne, żeby zasługiwać na miejsce w świecie.
Jeśli ten tekst jest Ci bliski, podziel się nim z kimś, kto dziś bardzo potrzebuje usłyszeć, że nie robi krzywdy swojemu dziecku tylko dlatego, że ono przeżywa emocje


.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz